wtorek, 13 lipca 2021

Rewolucja w fotografii

Gdy pojawiły się aparaty cyfrowe, producenci lustrzanek je lekceważyli. Casio QC-10 był pierwszym aparatem kierowanym na rynek konsumencki. Aparat w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze kosztował 900$, ale był rewolucyjny, gdyż jako pierwszy w ogóle oferował podgląd na małym wyświetlaczu. Niemniej robił beznadziejne zdjęcia (przykład poniżej):

Niestety niemal wszystkie fotki wyglądały właśnie tak, miały wyprane kolory, rozmyte krawędzie, a niektóre były dodatkowo zaszumione, sponiewierane artefaktami kompresji. Cóż, pierwsze koty za płoty.

Postęp trwał. Firma Casio wydała kolejny aparat, tym razem QV2000UX. I ten był o wiele lepszy, przewyższając większość tanich aparatów kieszonkowych. Po raz pierwszy można było mieć w kieszeni aparat, z którego zdjęcia nadawały się do druku, aczkolwiek w małym formacie.

W tym czasie Canon nie miał w ogóle własnych aparatów cyfrowych, przez krótki czas sprzedawał pod swoją marką aparat Kodaka DCS 520 opracowany na podstawie analogowej lustrzanki Canon 1N. Najwyraźniej dopiero konkurencja w postaci kieszonkowców sprawiła, że duże koncerny zaczęły cokolwiek robić. Wszak aparat cyfrowy psuł ogólny model biznesowy, polegający na sprzedawaniu filmów. Proces analogowy nadal oferował lepszą jakość zdjęć, ale widać było, że tę jakość da się doścignąć.

Dla mnie prawdziwym przełomem był niewielki kieszonkowy aparat Pentax Optio 330GS, a zaraz potem prawdziwa lustrzanka 10D/300D (przez wiele lat używałem właśnie 10D, był świetny z racji na ton skóry). Już wtedy można było powiedzieć, że jakość zdjęć z lepszej lustrzanki cyfrowej jest porównywalna do zdjęć wykonywanych na negatywie małoobrazkowym, a kieszonkowe aparaty analogowe straciły sens. Aparat kieszonkowy był ważny, gdyż można było go wziąć wszędzie. W tym tam, gdzie fotograf z lustrzanką byłby niemile widziany:

Równolegle pojawiły się aparaty w telefonach komórkowych. Zdjęcia najpierw przypominały te z Casio QV-10, zaraz potem były choć trochę lepsze. Poniżej zdjęcie z Nokii N90, w tym czasie był to najlepszy telefon z aparatem (optyka Carl Zeiss).

Nadal jednak lustrzanki oferowały największe możliwości fotografom. Prawdziwą rewolucję przyniosła dopiero fotografia obliczeniowa. Zasada jest prosta - weźmy taką optykę, jaka jest, dodajmy elektroniczną migawkę, zróbmy możliwie dużo pikseli i taki strumień danych przetworzymy za pomocą odpowiedniego oprogramowania. Bardzo dobry materiał można przeczytać tutaj (tłumaczenie tekstu Wasilija Zubariewa).

Obecnie niemal wszystkie nowe smartfony robią zdjęcia przy użyciu tej technologii, każda klatka to HDR, czyli powstaje z kilku niezależnie zrobionych zdjęć. Wynikowe zdjęcie jest o klasę lepsze od tego, co oferuje nawet najlepszy aparat kieszonkowy (mam Powershota SX620, jeszcze kilka lat temu to było mistrzostwo w swojej klasie, dziś przy szerokim kącie mój smartfon robi lepsze technicznie zdjęcia). Oczywiście nadal lustrzanka oferuje lepszą jakość obrazu, ma więcej szczegółów, ale za to smartfony radzą sobie nawet z niesamowitymi kontrastami:

Te zdjęcia po prostu wyglądają lepiej. Jeśli koncerny fotograficzne nie zaczną korzystać z możliwości, jakie daje fotografia obliczeniowa, czarno widzę przyszłość ich sprzedaży. Rynek aparatów kieszonkowych oddali bez boju już teraz. Niemal każdy z nas nosi w kieszeni telefon z aparatem lepszym od niedawno sprzedawanych automatycznych aparatów kieszonkowych. Mimo słabszej optyki!

Do mnie ta rewolucja nadejdzie, gdy na urlop nie wezmę lustrzanki...

sobota, 19 czerwca 2021

Stare usługi w nowych telefonach

 Wczoraj wieczorem pożegnałem mój poprzedni telefon (Huawei jako producenta prawdopodobnie też). Przyczyna była bardzo prosta - spuchnięcie niewymiennej baterii.

Uszkodzenie odkryłem, gdy zauważyłem, że wyświetlacz się podejrzanie wygina. Po zdemontowaniu blaszki z tyłu (widoczna na zdjęciu), wyświetlacz się wyprostował - teraz widać jak bardzo bateria spuchła. Ten stan zagraża bezpieczeństwu użytkownika.

Od pewnego czasu obserwujemy postępujące psucie najstarszych cech i funkcjonalności elektroniki. Sprzęt staje się coraz bardziej nietrwały, stopniowo pozbawiany obsługi funkcjonalności, która przedtem była bardzo cenna. Taką usługą są wiadomości MMS, rozmowy wideo UMTS, nawet wspomina się o przejściu z wiadomości SMS na rzecz jakiegoś komunikatora. Tymczasem są to, obok rozmów głosowych, jedyne naprawdę wieloplatformowe usługi, które powinny działać z każdym urządzeniem. Obecnie MMS nie działają lub działają słabo w co drugim sprawdzonym przeze mnie smartfonie. 

Wbrew pozorom MMS jest ważną usługą, bo dzisiejsze smartfony wysyłają SMSy w UTF-8, zatem każdy znak zajmuje co najmniej dwa bajty. Nawet krótka wiadomość będzie wymagała przesłania w kilku częściach albo wysłania jako MMS. I tu dochodzimy do ściany, gdy w smartfonie MMS nie działa w ogóle:

Jak widać, pięć wiadomości SMS zostało poprawnie scalone w jedną, ale odebranie wiadomości MMS przekracza możliwości tego telefonu*) (i kilku innych także). Dodatkowo żaden z tych smartfonów nie oferuje funkcjonalności potwierdzeń oraz czasu życia wiadomości, a zatem nie zbliża się nawet do tego, co potrafiły Nokie z Symbianem osiemnaście lat temu!


*) Żeby nie było wątpliwości - APN Orange MMS mam ustawiony poprawnie. Po przełożeniu karty do Nokii 6260 lub starego smartfona z Androidem 4, wiadomości przychodzą natychmiast. Na iPhonie Xr też nie działa, nie wiem dlaczego i nie chcę wiedzieć.

piątek, 16 kwietnia 2021

Miara postępu technicznego

 Dla mnie miarą postępu technicznego jest miniaturyzacja, usprawnienie, energooszczędność. Gdyby mi ktoś w okresie PRLu powiedział, że będę hobbystycznie projektował zasilanie przedwojennej latarki z nowoczesnych akumulatorów, a sama przetwornica będzie zrobiona na amerykańskim układzie scalonym, tobym go wyśmiał. Tymczasem tak właśnie jest:

- przetwornica na układzie scalonym, który kosztuje tyle, co dwa bochenki chleba,

- całość jest mniejsza od polskiego tranzystora TG72,

- wydziela pięć razy mniej ciepła,

- zasilanie żarówki jest stabilizowane, występuje tu także układ miękkiego startu, by przedłużyć trwałość historycznej już żarówki *),

- zasilanie z akumulatorków litowo-jonowych, ładowanie z USB.

W planach mam także zrobienie retrofitu diodowego żarówki zasilanej napięciem niższym niż 3V (czyli do latarek na jedną baterię). I to się da zrobić, przetwornica na LM2621 powinna się w całości zmieścić do trzonka E10.

A tak wygląda tranzystor, który jest miarą zapóźnienia polskiej elektroniki okresu PRL (zdjęcie z portalu Elektroda):

*) Gdyby chcieć zrobić taką przetwornicę z elementów wyprodukowanych w PRL do lat osiemdziesiątych włącznie, miałaby objętość dwóch pięści, miałaby sprawność około 50% i wydzielałaby sporo ciepła. O takich fanaberiach, jak układ miękkiego startu mało kto myślał, używało się go tylko przy naprawdę dużych żarówkach (projektory, naświetlacze), małe żaróweczki się po prostu włączało i już.


środa, 30 grudnia 2020

Epoka nietrwałości

 

Obecną epokę konstrukcji sprzętu powszechnego użytku chyba najlepiej ilustrują lampki choinkowe. Po pierwsze większość sprzedawanych lampek stanowi niebezpieczna tandeta, taka jak niżej:


Po drugie te bezpieczniejsze są nietrwałe. Weźmy przykład lampek na baterie, kupionych w jednym ze sklepów. Jest to bardzo tania konstrukcja – bierzemy 20 diod LED do montażu powierzchniowego, równie tanie przewody w izolacji, odizolowujemy, lutujemy diody do tych przewodów (tak na wprost), wkładamy w formę i zalewamy barwnym plastikiem. 


 

Ręczna robota, to widać. Przewody są z drutu, zatem dadzą się ułożyć, będą działać, ale nie będą tak trwałe, jak linka. Z drugiej strony akurat lampki choinkowe używa się przez mniej niż miesiąc w roku. Oferujemy zatem minimum jakości produktu, wystarczające, by został zaakceptowany, bo razem ze wzrostem jakości wykonania rosną koszty.

 

Po trzecie lampki są zasilane bateriami. Bardzo dobre rozwiązanie z punktu widzenia bezpieczeństwa. Jeden komplet baterii świeci jednak tylko dwie-trzy doby. Mało kto używa akumulatorków (ja akurat tak), zatem lampki przyczynią się do powstawania odpadów.

czwartek, 10 grudnia 2020

Kącik wiedzy nikomu niepotrzebnej - telewizja kolorowa

 Jeśli oglądasz materiał wideo z lat osiemdziesiątych i widzisz długie, ciemnoczerwone ogony ciągnące się za ruszającymi się światłami na ekranie, a do tego istnieją spore zielone obwódki, tak jak tu:

to znaczy, że ten materiał nakręcono kamerą Bosch Fernseh KCN92, najprawdopodobniej produkowaną na licencji w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych. Taką jak ta:

Nie wiem czy wiecie, ale w latach siedemdziesiątych Telewizja Polska nadawała jeszcze program czarno-biały i podejmowano próby wyprodukowania całego toru kamerowego telewizji kolorowej. Tor taki, nazwany KK-21 skonstruowano w 1974r. ale koszt podzespołów z importu był tak wysoki, że należało poszukać innego rozwiązania. 

Po kilku miesiącach rozmów z firmą Bosch Fernseh (w tym czasie jeden z liderów branży obok Philipsa i Thomsona) opracowano listę podzespołów, których produkcję można uruchomić w kraju. Należało zmniejszyć koszt urządzeń, a do tego nie angażować kosztownej aparatury niezbędnej do strojenia podzespołów. Po dokładnych analizach możliwości technicznych WZT i polskich kooperantów podpisano umowę z Bosch Fernseh w Darmsztadt i w Warszawie uruchomiono produkcję licencjonowanych torów kamerowych z dużymi kamerami studyjnymi KCK-40, mniejszymi, reporterskimi KCN-92 oraz magnetowidów BCN-20. W miarę wzrostu możliwości technicznych polskich zakładów, cała produkcja została przeniesiona do Warszawy. Równocześnie zakupiono licencję na bardzo dobre magnetowidy BCN-50, które montowano w udostępnionych pomieszczeniach na Woronicza (źródła mówią, że powstało ich 200 sztuk). W ten sposób Telewizja Polska uzyskała w końcu sprzęt, który umożliwiał nadawanie programu w kolorze we wszystkich ośrodkach.

Używana wtedy technologia lamp obrazowych (widikonów - materiał na ich temat jest tu - cz.1, cz.2) cechowała się kilkoma niedogodnościami. 

Po pierwsze plumbikony - bo tak się te lampy nazywały - były de facto widikonami ze specjalną warstwą światłoczułą. Były czułe, ale pozostawiały charakterystyczne "ogony", dodatkowo czułość tych lamp była różna dla różnych zakresów światła, co dodatkowo pogarszało się w miarę ich zużycia. Właśnie dlatego "ogony" z polskich kamer są ciemnoczerwone - lampy same w sobie miały taką własność. Dodatkowo jakość obrazu (i te ogony też) pogarszała się w miarę ich eksploatacji. 

Po drugie, trzy lampy obrazowe (po jednej na każdy kolor) wymagały specjalnego systemu dwubarwnych luster półprzepuszczalnych. Pojawiały się przy tym problemy z odpowiednim wyjustowaniem obrazu. Było to szczególnie dokuczliwe przy kamerach reporterskich KCN, w miarę wyeksploatowania sprzętu jakość obrazu stawała się coraz gorsza. W egzemplarzu, który widziałem, "rozjeżdżał" się kolor zielony i była to dość częsta przypadłość.

I właśnie dlatego jeśli widzicie obrazki takie jak ten, w którym:

- na statycznym obrazie są zielonkawe obwódki z boku (problem z lustrami dichroicznymi plus zbieżność statyczna zieleni), 

- widoczne są przesunięcia konturów i dodatkowe przejścia czarne (obraz plastyczny),

- są problemy z dopasowaniem konturów barwnych na krawędziach (rozjechana zbieżność dynamiczna),

- światła są przepalone (zużyte widikony lub zła kalibracja), 

to znaczy, że materiał nakręcono kamerą KCN92. Tak, jak fragment widoczny poniżej:

Zagadka dla czytelników - w którym warszawskim hotelu nakręcono oba teledyski Urszuli - "Malinowego Króla" oraz "Za twoje zdrowie, mała"? Dlaczego występuje tam aktorka Maria Probosz (zmarła 10 lat temu)?


piątek, 2 października 2020

COVID'80 - z pamiętnika inżyniera - cz.3

 Gdy towarzystwo wróciło z urlopów okazało się, że każdy sukces niesie ze sobą widmo późniejszych przykrych niespodzianek. W pierwszej serii powstało osiem linii, z których pięć pojechało do Łodzi. Niestety ze wszystkich pięciu działa tylko jedna. Najpierw zaczęły się psuć przetworniki ultradźwiękowe. Konsktruktor długo szukał przyczyn, ale w końcu doszedł, że winna jest obsługa. Przetworniki chłodzone są w sposób hybrydowy – częściowo wodą, częściowo przez nadmuch powietrza z mocnych dmuchaw. I właśnie przy tych dmuchawach obsługa kombinowała, by linia pracowała ciszej. Bo behapizda nie miał dla nich ochronników na uszy. Wszak mamy kryzys i nie ma niczego. W ten sposób padły prawie wszystkie importowane przetworniki, z których komplet był droższy od malucha, i to licząc po cenie giełdowej, a nie z Polmozbytu. Gdy dowiedział się o tym dyrektor, pojechał wszystkim po premii, a potem w przypływie złości na wszystkich zwolnił jedynego technika, który umiał tę linię precyzyjnie ustawić.

Później pojawił się problem z nożami do gilotyn. Noże się stępiły i nie można ich naostrzyć, bo narzędzia pochodzą z drugiego obszaru płatniczego. Nie ma części zamiennych, między poszczególnymi sztukami linii są niewymienne, zatem nie można kanibalizować najgorszej z linii, by uruchomić najlepszą. W końcu jakoś to naostrzono sposobem gospodarczym, przy pomocy narzędzi zastępczych. Maseczki mają teraz bardzo charakterystyczne strzępy, które trzeba przycinać ręcznie, nożyczkami.

Zakład w Łodzi zaczął jeszcze bardziej oszczędzać. Zrezygnowano z pracy ciągłej, wprowadzono ograniczenia w oświetleniu. Na korytarzach świeci się co druga lampa, dzięki czemu zaoszczędzono na zużyciu świetlówek i starterów. Oświetlenie dyżurne zostało wyłączone. Widać tylko kolorowe lampki podświetlane diodami CQYP32A. A linie trzeba zasilać cały czas. Jak się wszystko wyłączy i krytyczne elementy ostygną, to już nikt nie umie tego poprawnie nastawić. Wszak linia była projektowana do pracy ciągłej. Z zakładu zwolnili stróża nocnego, który miał obowiązek przejść nocą i zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Teraz jest tylko cieć przy bramie, a to nie jest to samo, bo on nigdy nie wchodzi do pomieszczeń. W stróżówce zepsuł się telefon, jedyny konserwator jest na chorobowem. Z okien baraku nic nie widać - bo przecież oświetlenie wyłączono.

Nad Łodzią przeszła letnia burza. Niby nic dziwnego, ale wichura zepsuła źle dopasowane okna dachowe prowizorycznie zrobionego baraku. Z dachu lała się woda i to w dobrym stylu. Dość szybko tej wody było po kostki i padły krytyczne elementy sterującej elektroniki oraz zasilacz wysokiego napięcia do żałośnie przestarzałego generatora na lampach GU-81 z Laminy.

W poniedziałek przyjechała załoga do pracy i okazało się, że nie ma na czym pracować. Gdy konstruktor usłyszał o zalaniu, polecił technikom wziąć wszystko, co było w naszym magazynie. Na szczęście akurat te elementy były wymienne między wszystkimi liniami i mieliśmy po jednej sztuce. Zachowała się także kopia programu. Załoga techników wsiadła w zakładową Nyskę i pojechała. Dwa dni później linie już mogły pracować.

Niestety cały zapas drutu zdążył zardzewieć i zacina się w precyzyjnym podajniku. Uruchomiono doraźną technologię odrdzewiającą, ale powoduje ona pocienienie drutu o ułamek milimetra i nastawy nie działają. Nasz serwisant jest już tak dobrze znany w Łodzi, że nie tylko recepcja hotelu mówi mu po imieniu i zna go również pobliski bar mleczny, ale poznają go nawet taksówkarze obsługujący słupek przy stacji Łódź Fabryczna.

Oczywiście natychmiast pojawiły się zarzuty niegospodarności i inne im podobne. Przyjechała Inspekcja Robotniczo-Chłopska. Od samego niedopatrzenia i zalania znacznie gorsze było marnotrawstwo materiałów, polegające na zamówieniu gumki do majtek z góry na cały rok produkcji. Do szacownej komisji nie trafiał argument, że zakłady STOMIL produkują ją tylko raz do roku, bo tylko wtedy opłaca się ustawić pod to linię. Postawiono zarzuty kierownikom i dyrektorowi. Podobno oberwało się nawet Instytutowi Meteorologii i Gospodarki Wodnej, choć nie bardzo wiem dlaczego pominięto firmę, która ten barak budowała. Nieoficjalnie mówi się, że ma to coś wspólnego z osobą właściciela tej firmy, jest nim przecież szwagier I sekretarza PZPR w Łodzi.

Uchowała się tylko jedna, najsłabsza linia, bo umieszczono ją w magazynie po starej przędzalni, nad magazynem było biuro i dzięki temu szkód nie było. I ta linia teraz jako jedyna pracuje całą dobę, pracownikom płaci się nadgodziny. Ponownie zatrudnili zwolnionego uprzednio technika, ale tym razem trzeba było mu zapłacić dwa razy tyle, co poprzednio, czyli niemal połowę tego, co otrzymuje kierownik działu. Tak się skończyły oszczędności.


piątek, 25 września 2020

COVID'80 - z pamiętnika inżyniera - cz.2.

 

Sukces odtrąbiono. Główny inżynier zakładu oraz dyrektor do spraw wdrożeń dostali nagrodę – talon na samochód oraz wczasy w Bułgarii. Relację w Dzienniku Telewizyjnym oglądał cały kraj, ukazały się też artykuły w Trybunie Ludu i Życiu Warszawy. Głos Wybrzeża był jedyną gazetą, która o tym wydarzeniu informowała z dystansem. Na pierwszej stronie Trybuny oczywiście Gierek z Babiuchem, ale drugie zdjęcie pokazuje linię z maseczkami. Inżynierowie złośliwie komentują – Krysiu, jest wpadka, tusz ci się kończył i amerykańskie logo jest niedokładnie zamazane. Gdy opadł cały kurz po premierze linii, konstrukcja wróciła do instytutu, została rozmontowana, wentylatory wyjęte. Właśnie odbywa się jej modernizacja.

Inżynierowie dostali nakaz obniżenia wsadu dewizowego, zastępują importowane detale ich krajowymi odpowiednikami. Jest to trudne, bo produkty krajowe nie w pełni mogą je zastąpić. Nadal mamy problemy z komputerami ze Szczytna. Nasi technicy w końcu opanowali problem – winne znowu były kiepskie układy scalone. Gdy wszystko było już zrobione i nowa wersja opuściła warsztat, wrócił temat zmiany technologii, by spełnić wymagania na atest PZH. Dopracowana już technologia cięcia na gorąco została odrzucona. Miesiąc w plecy, bo nikt nie sprawdził, że nie umożliwia ona wyprodukowania maseczki zgodnej z wymaganiami. Powstała w bólach dokumentacja idzie do archiwum. Być może będzie wykorzystana do projektu linii do opakowań foliowych, która być może będzie kiedyś wykonana, gdy przemysł wyrazi takie zapotrzebowanie. Część detali poszła na złom, bo nie ma ich gdzie składować. Połowę kubatury magazynu przeznaczono przecież na nowy warsztat.

Amerykańska technologia nadal przekracza nasze możliwości. Elementy gilotyny zostały zamówione w zakładach metalowych, które mają japońskie centra obróbcze Mitsui Seiki, nielegalnie zamówione przez Jugosławię jako „eksperymentalne urządzenia badawcze”. Od razu wykonano osiem sztuk, choć wiadomo, że powstaną tylko dwie linie. Bo nikt później nie da zgody na podobne zlecenie z racji na wsad dewizowy na zagraniczne materiały i koszt usługi.

Jeden z naszych inżynierów dowiedział się, że w zakładach produkujących materiały opatrunkowe już mają jakąś maszynę do łączenia elementów. Pojechaliśmy, obejrzeliśmy. Niby nasza, ale na francuskiej, licencjonowanej technologii. Dużo droższe, nie do końca pasuje, ale na pewno działa lepiej od inżynierskiej wydumki. Kolejna duża zmiana wymaga przekonstruowania całej linii. Instytut Wzornictwa Przemysłowego otrzymał zlecenie na nowy wygląd całości i wszystkich paneli sterujących. Po ciężkiej walce dostaliśmy świadectwo PZH dla maseczek z pierwszej instalacji. Cieszymy się, niejedną wódkę wypiliśmy, znajomości procentują.

Tak, linia jest ładna, podczas prób działała bardzo dobrze. Delegacja z ministerstwa przyjechała, oglądała, cmokała z zadowoleniem. Niestety linia nie zmieści się w budynku, do którego była wstępnie projektowana. Nie da się nawet wstawić jej przez bramę, brakuje 5 cm. O tym, by ją umieścić na piętrze, nie ma co marzyć. Przebudowano zatem pół magazynu, część starej przędzalni przeniesiono do tymczasowego baraku, bo maseczki są w kraju sprawą niezwykle priorytetową, nad którą pieczę mają czynniki partyjne i rządowe. Do Gdyni niedawno przypłynął dziesięciotysięcznik Florian Ceynowa, wiozący między innymi ładunek zagranicznych maseczek, kupionych za dewizy. Przywitano go z wielką pompą, relacją w telewizji i prasie. Tydzień później dowiedzieliśmy się od koleżanki z PZH, że tamte maseczki są jakimś odrzutem i nie spełniają wymagań. Nasze są lepsze! Główny konstruktor chodzi nadęty z dumy jak paw.

W końcu linia ruszyła, już w docelowym miejscu. Osiąga połowę wydajności linii amerykańskiej ale i tak jest naszym wielkim sukcesem.

Co z tego, skoro w aptekach ich nie ma. Jedna trzecia produkcji gdzieś znika i znajduje się na bazarach dużo drożej. Od serwisantów wiemy, że cały czas mają problemy z surowcem. Nowa przędza, kupowana po 80 tysięcy od firmy polonijnej z udziałem sekretarza i dyrektorów jest gorsza od tej poprzedniej, po 35. Surowiec jest tak kiepskiej jakości, że nasz serwis musiał wielokrotnie zmieniać kluczowe nastawy linii. Drut też jest nie taki, są problemy z podajnikiem. Do instytutu przyjechała kontrola, ale u nas nic nie wykazała.

Maseczki są sprzedawane w cenie urzędowej i przy obecnej cenie surowca oraz jego jakości produkcja najwyraźniej się nie opłaca. Za niepowodzenie obwinia się spekulantów, na ślad przestępstwa wpadł funkcjonariusz Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Później w Trybunie Ludu ukazał się artykuł piętnujący spekulantów i zapowiadający utworzenie nowej instytucji kontrolnej. Kilka tygodni później okazało się, że maseczki nie są już potrzebne. I po co ten cały cyrk?

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Po aferze firma znowu używa dobrych surowców i eksportujemy maseczki do krajów RWPG. Samą linię po modernizacji też po cichu eksportujemy do krajów trzeciego świata. Jest pięć razy tańsza od amerykańskiej, ale nie może być oficjalnie eksportowana, bo narusza kilkadziesiąt starych, amerykańskich patentów, o których nasi nawet nie wiedzieli.

Dla głównego technologa jedyna korzyść to nowe, zagraniczne obrabiarki, które udało się kupić dzięki przydziałom dewiz z centrali - właśnie na linię do maseczek. Jako żywo przypomina nam to genialną sztuczkę Tadzia Janiszewskiego z Radmoru w Gdyni, który uruchomił produkcję domowego radioodbiornika. Dostali na to dewizy ze zjednoczenia i niejako przy okazji zmodernizowali park maszynowy zakładu.

Inżynierowie pojechali na zasłużony urlop z FWP i siedzą w domkach w zakładowych ośrodkach wypoczynkowych w Węgorzewie, Niechorzu i Pogorzelicy. Główny inżynier i dyrektor dostali premie, odebrali wymarzone paszporty, wsiedli w dwa Fiaty i pojechali z rodzinami do Złotych Piasków. I chyba o to chodziło.