piątek, 2 października 2020

COVID'80 - z pamiętnika inżyniera - cz.3

 Gdy towarzystwo wróciło z urlopów okazało się, że każdy sukces niesie ze sobą widmo późniejszych przykrych niespodzianek. W pierwszej serii powstało osiem linii, z których pięć pojechało do Łodzi. Niestety ze wszystkich pięciu działa tylko jedna. Najpierw zaczęły się psuć przetworniki ultradźwiękowe. Konsktruktor długo szukał przyczyn, ale w końcu doszedł, że winna jest obsługa. Przetworniki chłodzone są w sposób hybrydowy – częściowo wodą, częściowo przez nadmuch powietrza z mocnych dmuchaw. I właśnie przy tych dmuchawach obsługa kombinowała, by linia pracowała ciszej. Bo behapizda nie miał dla nich ochronników na uszy. Wszak mamy kryzys i nie ma niczego. W ten sposób padły prawie wszystkie importowane przetworniki, z których komplet był droższy od malucha, i to licząc po cenie giełdowej, a nie z Polmozbytu. Gdy dowiedział się o tym dyrektor, pojechał wszystkim po premii, a potem w przypływie złości na wszystkich zwolnił jedynego technika, który umiał tę linię precyzyjnie ustawić.

Później pojawił się problem z nożami do gilotyn. Noże się stępiły i nie można ich naostrzyć, bo narzędzia pochodzą z drugiego obszaru płatniczego. Nie ma części zamiennych, między poszczególnymi sztukami linii są niewymienne, zatem nie można kanibalizować najgorszej z linii, by uruchomić najlepszą. W końcu jakoś to naostrzono sposobem gospodarczym, przy pomocy narzędzi zastępczych. Maseczki mają teraz bardzo charakterystyczne strzępy, które trzeba przycinać ręcznie, nożyczkami.

Zakład w Łodzi zaczął jeszcze bardziej oszczędzać. Zrezygnowano z pracy ciągłej, wprowadzono ograniczenia w oświetleniu. Na korytarzach świeci się co druga lampa, dzięki czemu zaoszczędzono na zużyciu świetlówek i starterów. Oświetlenie dyżurne zostało wyłączone. Widać tylko kolorowe lampki podświetlane diodami CQYP32A. A linie trzeba zasilać cały czas. Jak się wszystko wyłączy i krytyczne elementy ostygną, to już nikt nie umie tego poprawnie nastawić. Wszak linia była projektowana do pracy ciągłej. Z zakładu zwolnili stróża nocnego, który miał obowiązek przejść nocą i zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Teraz jest tylko cieć przy bramie, a to nie jest to samo, bo on nigdy nie wchodzi do pomieszczeń. W stróżówce zepsuł się telefon, jedyny konserwator jest na chorobowem. Z okien baraku nic nie widać - bo przecież oświetlenie wyłączono.

Nad Łodzią przeszła letnia burza. Niby nic dziwnego, ale wichura zepsuła źle dopasowane okna dachowe prowizorycznie zrobionego baraku. Z dachu lała się woda i to w dobrym stylu. Dość szybko tej wody było po kostki i padły krytyczne elementy sterującej elektroniki oraz zasilacz wysokiego napięcia do żałośnie przestarzałego generatora na lampach GU-81 z Laminy.

W poniedziałek przyjechała załoga do pracy i okazało się, że nie ma na czym pracować. Gdy konstruktor usłyszał o zalaniu, polecił technikom wziąć wszystko, co było w naszym magazynie. Na szczęście akurat te elementy były wymienne między wszystkimi liniami i mieliśmy po jednej sztuce. Zachowała się także kopia programu. Załoga techników wsiadła w zakładową Nyskę i pojechała. Dwa dni później linie już mogły pracować.

Niestety cały zapas drutu zdążył zardzewieć i zacina się w precyzyjnym podajniku. Uruchomiono doraźną technologię odrdzewiającą, ale powoduje ona pocienienie drutu o ułamek milimetra i nastawy nie działają. Nasz serwisant jest już tak dobrze znany w Łodzi, że nie tylko recepcja hotelu mówi mu po imieniu i zna go również pobliski bar mleczny, ale poznają go nawet taksówkarze obsługujący słupek przy stacji Łódź Fabryczna.

Oczywiście natychmiast pojawiły się zarzuty niegospodarności i inne im podobne. Przyjechała Inspekcja Robotniczo-Chłopska. Od samego niedopatrzenia i zalania znacznie gorsze było marnotrawstwo materiałów, polegające na zamówieniu gumki do majtek z góry na cały rok produkcji. Do szacownej komisji nie trafiał argument, że zakłady STOMIL produkują ją tylko raz do roku, bo tylko wtedy opłaca się ustawić pod to linię. Postawiono zarzuty kierownikom i dyrektorowi. Podobno oberwało się nawet Instytutowi Meteorologii i Gospodarki Wodnej, choć nie bardzo wiem dlaczego pominięto firmę, która ten barak budowała. Nieoficjalnie mówi się, że ma to coś wspólnego z osobą właściciela tej firmy, jest nim przecież szwagier I sekretarza PZPR w Łodzi.

Uchowała się tylko jedna, najsłabsza linia, bo umieszczono ją w magazynie po starej przędzalni, nad magazynem było biuro i dzięki temu szkód nie było. I ta linia teraz jako jedyna pracuje całą dobę, pracownikom płaci się nadgodziny. Ponownie zatrudnili zwolnionego uprzednio technika, ale tym razem trzeba było mu zapłacić dwa razy tyle, co poprzednio, czyli niemal połowę tego, co otrzymuje kierownik działu. Tak się skończyły oszczędności.


piątek, 25 września 2020

COVID'80 - z pamiętnika inżyniera - cz.2.

 

Sukces odtrąbiono. Główny inżynier zakładu oraz dyrektor do spraw wdrożeń dostali nagrodę – talon na samochód oraz wczasy w Bułgarii. Relację w Dzienniku Telewizyjnym oglądał cały kraj, ukazały się też artykuły w Trybunie Ludu i Życiu Warszawy. Głos Wybrzeża był jedyną gazetą, która o tym wydarzeniu informowała z dystansem. Na pierwszej stronie Trybuny oczywiście Gierek z Babiuchem, ale drugie zdjęcie pokazuje linię z maseczkami. Inżynierowie złośliwie komentują – Krysiu, jest wpadka, tusz ci się kończył i amerykańskie logo jest niedokładnie zamazane. Gdy opadł cały kurz po premierze linii, konstrukcja wróciła do instytutu, została rozmontowana, wentylatory wyjęte. Właśnie odbywa się jej modernizacja.

Inżynierowie dostali nakaz obniżenia wsadu dewizowego, zastępują importowane detale ich krajowymi odpowiednikami. Jest to trudne, bo produkty krajowe nie w pełni mogą je zastąpić. Nadal mamy problemy z komputerami ze Szczytna. Nasi technicy w końcu opanowali problem – winne znowu były kiepskie układy scalone. Gdy wszystko było już zrobione i nowa wersja opuściła warsztat, wrócił temat zmiany technologii, by spełnić wymagania na atest PZH. Dopracowana już technologia cięcia na gorąco została odrzucona. Miesiąc w plecy, bo nikt nie sprawdził, że nie umożliwia ona wyprodukowania maseczki zgodnej z wymaganiami. Powstała w bólach dokumentacja idzie do archiwum. Być może będzie wykorzystana do projektu linii do opakowań foliowych, która być może będzie kiedyś wykonana, gdy przemysł wyrazi takie zapotrzebowanie. Część detali poszła na złom, bo nie ma ich gdzie składować. Połowę kubatury magazynu przeznaczono przecież na nowy warsztat.

Amerykańska technologia nadal przekracza nasze możliwości. Elementy gilotyny zostały zamówione w zakładach metalowych, które mają japońskie centra obróbcze Mitsui Seiki, nielegalnie zamówione przez Jugosławię jako „eksperymentalne urządzenia badawcze”. Od razu wykonano osiem sztuk, choć wiadomo, że powstaną tylko dwie linie. Bo nikt później nie da zgody na podobne zlecenie z racji na wsad dewizowy na zagraniczne materiały i koszt usługi.

Jeden z naszych inżynierów dowiedział się, że w zakładach produkujących materiały opatrunkowe już mają jakąś maszynę do łączenia elementów. Pojechaliśmy, obejrzeliśmy. Niby nasza, ale na francuskiej, licencjonowanej technologii. Dużo droższe, nie do końca pasuje, ale na pewno działa lepiej od inżynierskiej wydumki. Kolejna duża zmiana wymaga przekonstruowania całej linii. Instytut Wzornictwa Przemysłowego otrzymał zlecenie na nowy wygląd całości i wszystkich paneli sterujących. Po ciężkiej walce dostaliśmy świadectwo PZH dla maseczek z pierwszej instalacji. Cieszymy się, niejedną wódkę wypiliśmy, znajomości procentują.

Tak, linia jest ładna, podczas prób działała bardzo dobrze. Delegacja z ministerstwa przyjechała, oglądała, cmokała z zadowoleniem. Niestety linia nie zmieści się w budynku, do którego była wstępnie projektowana. Nie da się nawet wstawić jej przez bramę, brakuje 5 cm. O tym, by ją umieścić na piętrze, nie ma co marzyć. Przebudowano zatem pół magazynu, część starej przędzalni przeniesiono do tymczasowego baraku, bo maseczki są w kraju sprawą niezwykle priorytetową, nad którą pieczę mają czynniki partyjne i rządowe. Do Gdyni niedawno przypłynął dziesięciotysięcznik Florian Ceynowa, wiozący między innymi ładunek zagranicznych maseczek, kupionych za dewizy. Przywitano go z wielką pompą, relacją w telewizji i prasie. Tydzień później dowiedzieliśmy się od koleżanki z PZH, że tamte maseczki są jakimś odrzutem i nie spełniają wymagań. Nasze są lepsze! Główny konstruktor chodzi nadęty z dumy jak paw.

W końcu linia ruszyła, już w docelowym miejscu. Osiąga połowę wydajności linii amerykańskiej ale i tak jest naszym wielkim sukcesem.

Co z tego, skoro w aptekach ich nie ma. Jedna trzecia produkcji gdzieś znika i znajduje się na bazarach dużo drożej. Od serwisantów wiemy, że cały czas mają problemy z surowcem. Nowa przędza, kupowana po 80 tysięcy od firmy polonijnej z udziałem sekretarza i dyrektorów jest gorsza od tej poprzedniej, po 35. Surowiec jest tak kiepskiej jakości, że nasz serwis musiał wielokrotnie zmieniać kluczowe nastawy linii. Drut też jest nie taki, są problemy z podajnikiem. Do instytutu przyjechała kontrola, ale u nas nic nie wykazała.

Maseczki są sprzedawane w cenie urzędowej i przy obecnej cenie surowca oraz jego jakości produkcja najwyraźniej się nie opłaca. Za niepowodzenie obwinia się spekulantów, na ślad przestępstwa wpadł funkcjonariusz Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Później w Trybunie Ludu ukazał się artykuł piętnujący spekulantów i zapowiadający utworzenie nowej instytucji kontrolnej. Kilka tygodni później okazało się, że maseczki nie są już potrzebne. I po co ten cały cyrk?

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Po aferze firma znowu używa dobrych surowców i eksportujemy maseczki do krajów RWPG. Samą linię po modernizacji też po cichu eksportujemy do krajów trzeciego świata. Jest pięć razy tańsza od amerykańskiej, ale nie może być oficjalnie eksportowana, bo narusza kilkadziesiąt starych, amerykańskich patentów, o których nasi nawet nie wiedzieli.

Dla głównego technologa jedyna korzyść to nowe, zagraniczne obrabiarki, które udało się kupić dzięki przydziałom dewiz z centrali - właśnie na linię do maseczek. Jako żywo przypomina nam to genialną sztuczkę Tadzia Janiszewskiego z Radmoru w Gdyni, który uruchomił produkcję domowego radioodbiornika. Dostali na to dewizy ze zjednoczenia i niejako przy okazji zmodernizowali park maszynowy zakładu.

Inżynierowie pojechali na zasłużony urlop z FWP i siedzą w domkach w zakładowych ośrodkach wypoczynkowych w Węgorzewie, Niechorzu i Pogorzelicy. Główny inżynier i dyrektor dostali premie, odebrali wymarzone paszporty, wsiedli w dwa Fiaty i pojechali z rodzinami do Złotych Piasków. I chyba o to chodziło.

czwartek, 24 września 2020

COVID'80 - z pamiętnika inżyniera - cz.1.

 

Chociaż środki masowego przekazu oficjalnie nie informują o szczegółach, w kraju trwa epidemia i niezbędne są maseczki ochronne. Plenum Komitetu Centralnego PZPR ustaliło, że linię do ich produkcji musi wyprodukować polski przemysł. Pochód pierwszomajowy odbył się jeszcze bez maseczek, ale produkcja miała być gotowa na 22 lipca. Linię trzeba było skopiować. Z amerykańskiej ambasady wypożyczono filmy i prospekty, w Ottawie udało się przefotografować czasopisma i dokumenty o podobnych liniach. Inżynierowie nie znają angielskiego ani francuskiego, a wynajęty tłumacz jest humanistą, zatem mają oni twardy orzech do zgryzienia.

Zgodnie z najnowszymi trendami linia będzie sterowana numerycznie. Komputer zaprojektowano w zakładach Unitra Unima w Szczytnie. Do budowy prototypu wykorzystano układy scalone kupione w sklepach dla radioamatorów w Londynie i Berlinie Zachodnim, skąd na pokładzie Iła 62 trafiły do Warszawy. W konstrukcji seryjnej użyte będą krajowe podzespoły, ale z dwudziestu układów UCY7400, dostarczonych z zakładów Unitra CEMI, poprawnie działa tylko pięć. Technicy montują zatem czechosłowackie układy Tesla. Komputer jest sprawny, choć ma mniejsze możliwości i jest trudniejszy w programowaniu od amerykańskiego.

W procesie dezynfekcji wykorzystano lampy produkcji Zakładów im. Róży Luksemburg, które są mniej sprawne od lamp General Electric, co wpływa na energochłonność procesu. Nasz przemysł nadal nie produkuje odpowiednich tranzystorów, a ich import jest objęty embargiem COCOM-u, zatem generator do ultradźwiękowego zgrzewania zrealizowano na lampach elektronowych. Całe urządzenie jest cztery razy większe od amerykańskiego oryginału, a to oznacza zmianę projektu zamówionego przedtem w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego.

Zakład posiada tylko dwa komplety narzędzi importowanych z drugiego obszaru płatniczego. Brak obrabiarek sterowanych numerycznie uniemożliwia skopiowanie precyzyjnej gilotyny. Nasi inżynierowie zaproponowali cięcie na gorąco, z czym żaden z nich nie miał przedtem do czynienia. Powstają przy tym toksyczne wyziewy, niebezpieczne dla obsługi. Wyprodukowane w ten sposób maseczki nie dostaną atestu PZH. Powraca temat zmiany technologii, a termin 22 lipca zbliża się nieubłaganie. Dokumentacji nie ma, bo inżynierowie nie mają na nią czasu. Buduje się jedną sztukę, obok w sąsiedniej sali powstaje druga, na bieżąco kopiowana z tej pierwszej. Obserwuje się regresję problemów w niespotykanej dotąd skali, maszyna będzie działać cztery razy wolniej od amerykańskiej.

Kolejny problem dotyczy materiałów. Zakłady włókiennicze w Łodzi zobligowały się do wyprodukowania tkaniny, ale brakuje dobrej jakości przędzy. Sznurek elastyczny przekraczał możliwości tych zakładów, importowany byłby za drogi. Zastosowano materiał zastępczy łączony z gumką od majtek, ale z jego dostępnością także występują przejściowe kłopoty. Wszak zbliżają się żniwa i występuje coroczny problem braku sznurka do snopowiązałek.

Nikt nie odważył się założyć pierwszych maseczek na twarz z racji na silny swąd przypalanego plastiku, niezbędna zmiana technologii wywoła opóźnienie. Sekretarz POP w instytucie znalazł rozwiązanie: do Portu Północnego dwa dni temu zawinął statek, który oprócz bananów i pomarańczy przywiózł ładunek maseczek z darów. Dzięki interwencji komitetu wojewódzkiego część z tych maseczek wypożyczono na czas pokazu. Po pokazie całość zostanie przekazana górnikom. Linię obudowano płytami stalowymi, na podajnik wyłożono maseczki z darów. Logo zamazane stempelkiem pożyczonym z sekretariatu. Aby nikt nie miał ochoty zajrzeć z bliska, do środka wsadzono cztery bardzo głośne wentylatory przemysłowe, a całą linię ogląda się przez szybę, z pewnej odległości.

22 lipca rano przyjechał wóz transmisyjny, rozstawiono kamery, w południe przyjechał Pierwszy Sekretarz PZPR Edward Gierek razem z Premierem Edwardem Babiuchem. Obejrzeli maszynę z daleka, uroczyście uruchomili urządzenie, a tak naprawdę włączyli wentylatory. Chwilę później założyli „wyprodukowane” właśnie maseczki, zdjęli, wygłosili przemówienie i wyszli na obiad do restauracji. Maszyna została zdemontowana i przekazana z powrotem do instytutu w celu przekonstruowania, by wreszcie zaczęła działać. Tymczasem największą pomoc zaoferowały zakłady przemysłu odzieżowego. Jak informuje dyr. Zenon Żwirełło, uszyte w zakładach maseczki są tańsze i zostały wyżej ocenione przez ich użytkowników: aktyw robotniczy i milicję obywatelską.

Czego zatem zabrakło? Zdrowego rozsądku.

piątek, 16 lutego 2018

Sponsor dzisiejszego dnia

Dzisiejszy dzień sponsoruje ten oto znak జ్ఞ‌ా
Dostałem go od kolegi....
P.S. znak wywala ajfony i robi wredę w Safari.

niedziela, 19 listopada 2017

Tragedia aktualizacji

Niestety nadeszła nowa wersja Firefoksa. Niestety, bo wydanie Quantum narobiło mnóstwo zła. Zniszczyło całkowicie CAŁĄ historię przeglądania we wszystkich sześciu profilach *). Mam backup, ale to mała pociecha. Pod względem bezpieczeństwa i wygody Firefox jest obecnie na poziomie Internet Explorera, pardon - Edge'a. Z podobnie beznadziejnym wyglądem.

Nie działają bardzo ważne dla mnie dodatki:
- NoScript - podstawowa ochrona przed obcymi skryptami i obiektami (w tym clickjackingiem oraz częścią XSS), niesamowicie ważne narzędzie, nie muszę nawet mówić jak bardzo,
- Self-Destructing Cookies - umożliwiają automatyczne usuwanie ciastek dla wszystkich tropicieli i obcych stron (oczywista sprawa),
- Ref Control oraz UAControl - zarządzanie identyfikacją przeglądarki, bardzo ważna sprawa przy stronach, które serwują różny kod zależnie od parametru user-agent.

Do tego cierpi wygoda pracy, bo nie ma innych dodatków:
- HackTheWeb - umożliwia wywalenie dokuczliwych elementów w konkretnych DIVach,
- Customize Your Web - umożliwia zmianę wyglądu strony, szczególnie przydatne do wydruków lub notatek,
- FxIF - podgląd Exif obrazków z przeglądarki, bez zapisywania pliku,
- Element hiding helper dla Adblock Plusa - umożliwia łatwe wykreowanie reguły blokującej konkretny DIV.
- Eliminator Slajdów - usuwa slajdy i umożliwia przejrzenie wszystkich zdjęć na jednej stronie. Bardzo przydatna sprawa do ogólnego przeglądania,
- HTML5 toggle - wyłącznik obsługi HTML5, w tym tagu wideo. Zabójca autostartujących filmów, których nienawidzę,
- Passive cache - przeglądanie pasywne za pomocą kopii z Google lub archive.org,
- Image picker - zapis wszystkich obrazów ze strony, niezależnie od diva itp.
- Session Manager oraz Save session - zapis sesji, by później można było do niej wrócić. Przydatne, gdy trzeba przerwać rozpoczęte zadania.

Nie działa również sporo stron, w tym Pinterest.

*) mam osobne profile do Facebooka, Google'a, LinkedIna, ogólnego przeglądania, do Flasha oraz usług bankowych. Każdy z nich uruchamiany w osobnym środowisku, najbardziej restrykcyjne założenia dotyczą ogólnego przeglądania, a następnie Google'a. Przy Facebooku i LinkedInie wycinam wszystko, co nie pochodzi z tego serwisu. Do spraw bankowych używam innej instalacji z czystym profilem niedostępnym dla innych profili (pracuje na innym użytkowniku). Polecam taką konfigurację z punktu widzenia bezpieczeństwa.

poniedziałek, 9 października 2017

40% braków

Często czytam o nostalgii lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a także o rzekomo świetnych polskich produktach z tej epoki, zwłaszcza w przypadku domowej elektroniki. Pokażę jak to wyglądało naprawdę z punktu widzenia radioamatora – którym jestem do dziś.

Oględnie mówiąc – było słabo. Mieliśmy bardzo dobrych inżynierów, którzy z powodzeniem potrafili zbudować sprzęt elektroniczny, który mógłby konkurować z produktami zachodnimi średniej klasy. Rzecz w tym, że do takich urządzeń musieliby użyć zachodnich podzespołów, bo krajowych albo nie było w ogóle (tranzystory dużej mocy, dedykowane układy scalone), albo były żałośnie wręcz przestarzałe. Gdy inżynierowie konstruowali polski radioodtwarzacz samochodowy Skald SMT-331 (zaprezentowany na targach poznańskich w 1975r. odtwarzacz był oczywiście monofoniczny) narzekali na to, że w tak małej obudowie nie mogli zmieścić całej potrzebnej elektroniki, by było to radio trzyzakresowe.

Radioodtwarzacz samochodowy Skald SMT-331, Unitra DIORA, zdjęcie: oldradio.pl
W tym samym czasie (1975r.) Blaupunkt sprzedawał radioodtwarzacz Bamberg, który tak samo był urządzeniem trzyzakresowym, ale na UKF miał stereofoniczny odbiornik, umożliwiał zaprogramowanie kilku stacji, a do tego magnetofon nagrywał dźwięk stereo. Kto nie wierzy, niech obejrzy fragment oryginalnego katalogu Blaupunkta z tego roku.
Katalog radioodtwarzaczy firmy Blaupunkt, 1975r.


Prawdziwy stereofoniczny samochodowy radioodtwarzacz pojawił się dopiero w latach osiemdziesiątych (seria Wiraż RPS-601). Chylę czoła przed umiejętnościami polskich inżynierów, którzy skonstruowali całkiem sensowny radioodtwarzacz z tak przestarzałych podzespołów (kto nie wierzy, niech zajrzy do instrukcji serwisowej RPS Wiraż, jest tu). Gdy w Polsce oferowano kolejnego "Wiraża", strojonego klasycznie, gałką, w Polonezie miałem już radio z syntezą częstotliwości. Prawdziwa przepaść, podobnie, jak w przypadku motoryzacji w tym okresie.

Polski walkman

 Z urządzeniami przenośnymi było jeszcze gorzej. Lata osiemdziesiąte to epoka walkmanów. Też miałem taki odtwarzacz. Polski przemysł w końcu (był rok 1987.) wyprodukował takie coś, nazywało się PS-101 Kajtek.

Polski odtwarzacz kaset PS-101 Kajtek
Z litości nie będę porównywał polskiego Kajtka ze topowymi urządzeniami z tego okresu (możesz zrobić to samodzielnie, przykład firmy AIWA jest tu). Miałem walkmana, który odtwarzał i nagrywał (!) dźwięk na kasecie z jakością lepszą od polskiego stacjonarnego magnetofonu Hi-Fi Finezja M536SD, miał autorewers, redukcję szumów Dolby i zasilany był z dwóch akumulatorków. Polski Kajtek był porównywalny do popularnych dalekowschodnich odtwarzaczy, ale był od nich większy i zużywał więcej energii z baterii. Było to bardzo proste urządzenie, nie miało nawet przewijania kasety wstecz.

Jakość rodem z PRL 

Gdyby zakłady DIORA chciały wyprodukować urządzenia klasy zachodniej (a na pewno było to technicznie możliwe), musiałyby użyć importowanych podzespołów. Wyrób byłby wtedy kosmicznie drogi dla polskiego nabywcy, a zatem jego sprzedaż byłaby znikoma. Inżynierowie korzystali z krajowych podzespołów tam, gdzie się tylko dało i musieli zastosować dostępne dla nas techniki montażu. I tu zaczynały się problemy z jakością wyrobów – pokażę to na przykładzie dokumentu, który opisywał wyjazd serwisu Zakładów Radiowych Diora w Dzierżoniowie. Trzech panów pojechało do Czechosłowacji (do zakładów Tesla w Tyniste n/O) w sierpniu 1976r. i zdało sprawozdanie jak niżej:
„Przystąpiliśmy do organizacji stanowisk pracy w jednym z magazynów, w którym znajdowała się partia 600 i 2100 sztuk radioodbiorników Junior (... tutaj długa lista usterek…). Na ogólną ilość 1852 szt. OR Junior, wadliwych było 738 szt” 
Pewien odsetek z tych braków (wnioskuję, że około 1/3 z powyższych) stanowiły wadliwe podzespoły dostarczone przez krajowych producentów, w tym głośniki z Tonsilu i układy scalone UL1402 produkowane przez zakłady CEMI. Była to kopia przestarzałych wzmacniaczy mocy (LA4032) firmy Sanyo.
Polskie układy scalone produkowane w zakładach Unitra CEMI. Fragment kolekcji A.Zawady.

O jakości wielu polskich półprzewodników z epoki PRL można osobną książkę napisać.  
738 wadliwych odbiorników na 1852 badanych to prawie 40% braków. Rozumiem nostalgię, ale taka była jakość rodem z PRL. W epoce, gdy wszystko na eksport miało mieć lepszą jakość wykonania.

piątek, 22 września 2017

Jak domowy aparat zmienił telewizyjną prognozę pogody


Casio QV-10
Pierwszym konsumenckim cyfrowym aparatem z wyświetlaczem zdjęć był Casio QV-10. Tak twierdzi japońskie National Museum of Nature and Science nagradzając to urządzenie prestiżowym statusem „Essential Historical Material for Science and Technology”. Dla mnie również był to pierwszy aparat cyfrowy w ogóle.
Fotografowałem wtedy na profesjonalnych filmach Fuji Press, na wymagających obróbki za granicą Kodachrome’ach lub na niezwykle barwnych slajdach Fuji Velvia i całkiem niedawno zmieniłem starego Zenita TTL ze dobrymi obiektywami na lustrzankę Canona. Zdjęcia z cyfrowego aparatu były … beznadziejne. Aparat ten jednak posiadał cyfrowy wyświetlacz, który pokazywał zrobione zdjęcie. Ten aparat był dalekim krewnym czegoś, co było jednym z ciekawszych hacków w epoce mikrokomputerów.

Aparat dla entuzjastów

W 1975r. istniały już cyfrowe aparaty fotograficzne, ale były zbyt drogie dla domowego entuzjasty – a to on był głównym odbiorcą nowinek technicznych związanych z mikrokomputerami. Pierwszy przełom w dziedzinie cyfrowego obrazu dla entuzjastów zrobiła firma Cromemco, projektując aparat o nazwie Cyclops.
Cromemco Cyclops w środku

Aparat ten nie posiadał lampy analizującej (byłaby zbyt droga), nie miał również przetwornika CCD (jeszcze droższy). Do analizy obrazu posłużyła popularna wtedy pamięć półprzewodnikowa RAM (prawdopodobnie 1103 firmy Intel), w której zamiast metalowej płytki wstawiono szybkę.
Sensor Cromemco Cyclops


Pamięć ta posiadała siatkę 32x32 komórek pamięciowych. Na tę pamięć kierowano obraz ze standardowego obiektywu do kamer przemysłowych. W pierwszym cyklu wszystkie komórki pamięci wypełniano jedynkami. Zjawisko fotoelektryczne powodowało stopniowy spadek potencjału w kondensatorach. Układ elektroniczny bardzo szybko odczytywał komórkę po komórce w kolejnych 15 cyklach. Im więcej cykli trzeba było odczytać zanim w danej komórce pojawiło się zero, tym mniej światła na tę komórkę padło. Do zdjęć w trudniejszych warunkach wykorzystano podbicie w postaci czerwonego światła z dwóch diodek LED. Aparat dostarczał zdjęć o rozdzielczości 32x32 piksele w 16 stopniach szarości. Pierwsze obrazy z tego niezwykłego aparatu obserwowano na oscyloskopie. Zabawka dla pasjonatów elektroniki!
Cyclops, obraz oglądany na oscyloskopie.

Od aparatu do prognozy pogody

Finalna wersja aparatu posiadała złącze magistrali S-100, powszechnej w mikrokomputerach z tej epoki. Najpopularniejszym komputerem z tym złączem był Altair, ale bardzo mało użytkowników tego komputera miało monitory, na których można byłoby taki obraz wyświetlić. Inżynierowie Cromemco postanowili pójść za ciosem i wyprodukowali przystawkę umożliwiającą wyświetlanie obrazów na ekranie telewizora. Podobnie do Cyclops, ich karta również była przystosowana do magistrali S-100. Tak powstała karta Cromemco Dazzler instalowana w komputerach Cromemco Z-2. W odróżnieniu od innych późniejszych komputerów z wyświetlaczami telewizyjnymi, karty Dazzler miały wielką przewagę – można było je synchronizować z generatorem wzorcowym. Można było zatem zastosować komputer z taką kartą w profesjonalnej telewizji!
Tak powstały narzędzia ColorGraphics Weather System, które umożliwiały wyświetlenie komputerowo generowanych map pogody na tle mapy lub ujęć z kamery. Mimo niewielkiej rozdzielczości, odniosły niesamowity sukces – były używane przez większość stacji telewizyjnych w USA już w 1982r. zamiast klasycznego greenboksa.
Profesjonalna stacja graficzna Cromemco

W tym czasie Telewizja Polska miała tylko prosty syntetyzer znaków, który nawet nie posiadał fontów porządnie opracowanych pod kątem polskiego alfabetu, a jedynie dostosowane akcentowane litery (polskie litery takie jak Ę i Ą były podsunięte wyżej, Ń było niższe, patrz zdjęcie). Statyczne informacje (data) pokazywano w postaci literek naklejanych na ścianie. Do prognozy pogody używano prostej mapy i przyklejanych etykietek zrobionych z literek kalkomanii LETRASET, całość filmowano kamerą na statywie z bocznym oświetleniem.

Stopklatka z Dziennika Telewizyjnego TVP.

Archiwalne wydanie dziennika telewizyjnego z 25.12.1984. razem z prognozą pogody można obejrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=2Aou7Sx08xQ  Prognoza pogody znajduje się na końcu nagrania, warto zobaczyć jak bardzo odstawała technologicznie telewizja w PRL w porównaniu do krajów zachodnich. Dystans do niezwykle zaawansowanej Japonii był wręcz miażdżący. Dla porównania japońska prognoza pogody nadana dwa dni wcześniej – 23.12.1984. Prawdziwie animowane prognozy pogody z komputerową grafiką wprowadziła do Polski dopiero telewizja Polsat, już po przekształceniach ustrojowych.

Cromemco 400 w Polsce


W Polsce również pojawił system Cromemco 400 z kartą SuperDazzler i oprogramowaniem ArtStar przeznaczonym do animacji telewizyjnych. W tym czasie było to jedno z lepszych narzędzi do tego celu, popularne w USA. Oto jego reklama z roku 1987:


Jeśli pamiętacie niektóre animacje wyświetlane w reklamach z okresu przemian ustrojowych, to wiedzcie, że część z nich zrealizowano właśnie na takiej maszynie…. która bardzo prędko okazała się przestarzała. Część z animacji, w tym niektóre reklamy, zmontowano na domowych komputerach serii Amiga. Amiga jest uznawana za kultowy komputer do dziś. O pomysłach inżynierów z Cromemco pamięta niewiele ludzi, a to właśnie oni wykorzystali pamięć do budowy kamery, a następnie zbudowali kartę graficzną, którą można było zastosować w profesjonalnej telewizji.